W czasie porannych wędrówek po jednej z naszych ulubionych łąk obserwowaliśmy i fotografowaliśmy jej najmniejszych mieszkańców. Pośród traw co chwila dostrzegaliśmy coraz to nowe gatunki motyli, ważki i inne owady, wszystkie jeszcze mocno ospałe i malowniczo przystrojone kroplami porannej rosy. Z jakiegoś powodu jednego ranka moją uwagę całkowicie przykuły… ślimaki.

Nieprzebrane ich ilości niestrudzenie pięły się po trawach, ku sobie tylko znanym celom – muszę kiedyś cierpliwie przysiąść przy jednym i przekonać się, co można zrobić po dotarciu na szczyt samotnego źdźbła. Łąki takie jak nasza są najczęściej zdominowane przez ślimaki z gatunku bursztynka pospolita. Niewielkie mięczaki zawdzięczające swoją nazwę przezroczystej muszli w kolorze jantaru, oglądane pod słońce bez wstydu prezentują większość detali swojej anatomii. To właśnie bursztynki tak bardzo mnie zaabsorbowały.

Oglądane w mniejszym lub większym zbliżeniu przez obiektywy makro, w porannym świetle delikatnie sączącym się przez mgłę, okazały się naprawdę wdzięcznym tematem. Jak wiadomo jednak, ta krótka chwila zawsze jakoś złośliwe się skraca, kiedy już zaczynamy wiedzieć, co tak naprawdę chcielibyśmy mieć w gotowym kadrze.

Czas minął, słońce już dawno uciekło horyzontowi, trzeba było się zbierać. Kiedy pokonywaliśmy ostatni odcinek drogi do samochodu, Agnieszka, przemiła towarzyszka naszych wypraw fotograficznych, zatrzymała się przy zaroślach, gdzie znalazła kolejnego ślimaka, także bursztynkę, ten jednak wyraźnie się różnił od fotografowanych wcześniej na łące.

Tak się złożyło, że nie dalej jak tydzień wcześniej czytałem krótki artykuł na ten temat i od razu się zorientowałem, co mamy przed oczami. Wstyd przyznać, jak bardzo ucieszyłem się na widok chorego stworzenia :P Znaleziony przez Agę ślimak był nosicielem pasożyta, przywry, z rodziny Leucochloridium. Ślimak jest żywicielem pośrednim dla tego organizmu, ostatecznym jego celem są ptaki, jednak to właśnie forma pośrednia, sporocysta, jest możliwa do zaobserwowania u bursztynek, i jest to widok naprawdę niesamowity! Wydalane przez ptaki razem z odchodami jaja są zjadane przez ślimaki, następnie w ich ciele rozwija się workowaty twór, z którego wkrótce wyrastają wypustki. Część z nich, wydłużona i jaskrawie ubarwiona, przeciska się przez jamę ciała ślimaka, by trafić do jego czułków. Rozpychając je do niepokojących rozmiarów, wyrostki pulsują energicznie, mieniąc się przy tym jaskrawymi kolorami. Wszystko to ma na celu zwabienie ptaków, które zjadając ślimaka wraz z kryjącymi się w nim kulami zarodkowymi, zapewniają przedłużenie gatunku pasożyta.

Jakby zmiana wyglądu ślimaków nie wystarczyła, Leucochloridium ma opracowaną dodatkową, chyba jeszcze bardziej niesamowitą metodę. Otóż zmienia zachowanie ofiary, bo chyba innego słowa nie można tu użyć, prowokując jej wędrówkę ku najlepiej nasłonecznionym miejscom – najczęściej ku szczytom roślin – gdzie ślimak staje się idealnie widoczny dla ptaków szukających pożywienia.

Podczas dwóch kolejnych porannych wyjazdów w to miejsce udało nam się znaleźć więcej zarażonych osobników, sfotografować je, a nawet nagrać filmy.

Natura nigdy nie przestanie mnie zadziwiać…

Kategorie: Inne zwierzęta
  1. Krzysztof pisze:

    Trochę mnie to brzydzi… Ale jednocześnie bardzo ciekawe…Wywołało to u mnie refleksję na temat wielkiego skomplikowania przyrody. Te nasze komputery w porównaniu do tego co się dzieje w przyrodzie to takie „małe piwo przed śniadaniem”.

Napisz coś do Krzysztof